Zanim zautomatyzujesz, zmierz proces, który robisz na oko

Czyli o tym, dlaczego najważniejszy pomiar automatyzacji robi się wtedy, kiedy jeszcze nie ma czego mierzyć.

Zanim zautomatyzujesz, zmierz proces, który robisz na oko
Automatyzacja

Czyli o tym, dlaczego najważniejszy pomiar automatyzacji robi się wtedy, kiedy jeszcze nie ma czego mierzyć.

Kwartał po wdrożeniu. Faktury kosztowe same wpadają do systemu, nikt już ich nie przepisuje ze skrzynki, a Ania z biura przestała wzdychać w poniedziałki. Na spotkaniu wspólnik pyta spokojnie, bez złośliwości: „Ile to nam właściwie dało?”. Odpowiadasz, że dużo, bo Ania ma więcej czasu, a błędów jest wyraźnie mniej niż kiedyś. On kiwa głową i dopytuje: „Ile godzin? Ile błędów było wcześniej?”.

Cisza. Nie wiesz, bo nikt tego nie liczył, kiedy jeszcze było co liczyć.

Wiesz, że jest lepiej, tylko nie wiesz, o ile. A za wdrożenie zapłaciłeś konkretną kwotę, którą wspólnik zna co do złotówki.

Brzmi znajomo? To pytanie pada w niemal każdej firmie, która coś zautomatyzowała, i prawie zawsze pada za późno. Starego procesu już nie ma, więc nie da się go zmierzyć. Zostaje wrażenie, a wrażenie przegrywa każdą dyskusję o budżecie z kimś, kto ma przed sobą fakturę od wdrożeniowca. Ten wpis jest o tym, jak tego uniknąć: co zmierzyć w procesie, który dziś robisz na oko, zanim podpiszesz cokolwiek z dostawcą automatyzacji.

Cztery rzeczy, które z tego wyniesiesz
1
Dlaczego Twój szacunek „to zajmuje jakieś dziesięć minut” myli się zawsze w tę samą stronę.
2
Cztery liczby, które wystarczą, żeby za trzy miesiące odpowiedzieć na pytanie „ile to dało?”.
3
Jak zebrać je w tydzień, bez stopera nad głową zespołu.
4
Kiedy sam pomiar pokazuje, że automatyzacja nie jest potrzebna.

Proces sprzed wdrożenia znika razem z odpowiedzią na pytanie „ile to dało”

Pomiaru „przed” nie da się zrobić później. To jedyna liczba w całym projekcie, której nie odtworzysz po fakcie: kiedy faktury zaczynają wpadać same, ręczne przepisywanie przestaje istnieć, a razem z nim możliwość sprawdzenia, ile naprawdę trwało. Ania pamięta, że „schodziło pół dnia”, Ty pamiętasz, że „godzinkę”, i oboje mówicie szczerze i żadne z was nie ma racji.

Dlatego fałszywa diagnoza po nieudanej rozmowie ze wspólnikiem brzmi: „trzeba było lepiej wybrać narzędzie”. Narzędzie mogło być świetne, tylko brakowało punktu odniesienia, a bez niego każde wdrożenie wygląda tak samo, czyli „chyba lepiej”.

Nie jesteś w tym sam, a problem nie dotyczy tylko małych firm. McKinsey, podsumowując programy automatyzacji, które obserwował u klientów, pisze, że mniej więcej połowa z nich daje wartość na niektórych frontach, a tylko garstka osiąga skalę obiecaną w biznesplanie. To obserwacja firmy doradczej z dużych organizacji, nie badanie małych firm. Pokazuje jednak mechanizm, który działa w każdej skali: obietnica powstaje na starcie, a rozliczenie przychodzi po miesiącach. Jeśli na starcie nie zapisałeś, skąd startujesz, rozliczać nie ma z czego.

Szacunek „na oko” myli się zawsze w tę samą stronę

Ludzie systematycznie zaniżają czas własnej pracy i robią to w przewidywalny sposób. Najczęściej cytowany dowód to badanie Rogera Buehlera i współpracowników z 1994 roku. Poproszono w nim 37 studentów psychologii piszących prace dyplomowe, żeby oszacowali, kiedy skończą. Średni szacunek wyniósł 33,9 dnia, a faktycznie zajęło im to 55,5 dnia. W terminie, który sami sobie wyznaczyli, zmieściło się 29,7% badanych. Co ciekawsze, średnia z ich szacunku „gdyby wszystko poszło najgorzej” (48,6 dnia) też okazała się za krótka.

Szacunek kontra rzeczywistość — praca dyplomowa
Najlepszy szacunek studentów: 33,9 dnia
Szacunek „gdyby wszystko poszło najgorzej”: 48,6 dnia
Faktyczny czas: 55,5 dnia
Źródło: Buehler, Griffin i Ross, 1994, badanie 1, 37 osób.

Psychologowie nazywają to zjawisko błędem planowania. Działa przy szacowaniu przyszłej pracy, ale ma też swojego krewnego przy opisywaniu pracy, którą robisz codziennie. Kiedy pytasz siebie, ile trwa wprowadzenie faktury, w głowie pojawia się typowa faktura: czytelny PDF, znany kontrahent, kwota się zgadza. Nie pojawia się ta, przy której trzeba było zadzwonić do dostawcy, bo numer konta się nie zgadzał. Ani ta, którą ktoś przesłał zdjęciem z telefonu, krzywo.

A to właśnie te wyjątki zjadają czas, choć w pamięci prawie ich nie ma. Typowy przypadek jest szybki z definicji, bo przecież powtarza się najczęściej i każdy ma go w palcach. Szacunek „na oko” mierzy więc proces bez jego najdroższej części.

Proces w głowie ma jedną ścieżkę, proces w danych ma setki

Wil van der Aalst, jeden z twórców eksploracji procesów (process mining), pokazał to na zwykłym procesie zakupowym: zapotrzebowanie, zamówienie, akceptacja, potwierdzenie, dostawa, faktura, płatność. Na schemacie wygląda to jak siedem kroków ustawionych w jednej, porządnej linii. W próbce 2654 prawdziwych zamówień z systemu znalazł 685 różnych ścieżek. Najczęstsza z nich, ta „podręcznikowa”, obejmowała 201 zamówień, czyli mniej niż jedno na dziesięć. Van der Aalst dopisuje, że ten przykład nie jest wyjątkowy i podobnie wygląda większość procesów zakupowych.

Analiza procesu przed automatyzacją — prosta ścieżka czterech kroków na kartce kontra splątana mapa setek ścieżek na ścianie

W małej firmie nie zbierzesz 2654 przypadków i nie potrzebujesz. Mechanizm jest ten sam przy trzydziestu fakturach w miesiącu: jest ścieżka, o której wszyscy myślą, i kilka objazdów, o których wie tylko osoba, która je obsługuje. Automatyzacja zbudowana na ścieżce z głowy obsłuży ścieżkę z głowy. Objazdy wrócą do człowieka, tylko teraz jako wyjątki z systemu, który „miał to robić sam”.

Deloitte w badaniu z 2018 roku na 530 firmach wdrażających roboty programowe (RPA) zapytał, co najbardziej przeszkadza w rozwinięciu automatyzacji poza pilotaż. Najczęstsza odpowiedź, wskazana przez 32% firm, to rozdrobnienie procesów, wymieniane częściej niż brak wizji i częściej niż nieprzygotowane IT. O tym, jak ta pułapka wygląda od strony całego projektu, pisałem w tekście kiedy automatyzacja staje się pułapką. Tu zostańmy przy tym, co da się z nią zrobić jeszcze przed wdrożeniem: policzyć objazdy.

📖 Ze słownika Noraline: Mapowanie procesów — wizualne przedstawienie każdego kroku w procesie biznesowym, od początku do końca, pozwalające zobaczyć, gdzie czas i pieniądze wyciekają z firmy. Mapa mówi, jak proces przebiega. Pomiar dopisuje do niej, ile każdy krok trwa i jak często proces z mapy schodzi.

Wystarczą cztery liczby, nie dwadzieścia

Do rozliczenia automatyzacji wystarczą cztery liczby zapisane na jednej stronie. Pojęcie automatyzacji procesów biznesowych obejmuje wszystko od prostego przepływu w Zapierze po roboty klikające w interfejsy, ale pytanie o efekt jest zawsze to samo: ile rzeczy przechodzi przez proces, ile pracy wymaga każda z nich, jak długo czeka i jak często coś idzie nie tak.

LiczbaPytanie, na które odpowiadaSkąd ją wziąć
WolumenIle sztuk przechodzi przez proces w tygodniu?Licznik w skrzynce, w systemie faktur, w CRM. Zwykle już gdzieś jest.
Czas pracy na sztukęIle minut ktoś faktycznie nad nią siedzi?Kartka obok klawiatury przez tydzień, próbka 20–30 sztuk.
Czas przejściaIle dni mija od wpłynięcia do zamknięcia?Daty z systemu: kiedy przyszło, kiedy zaksięgowane, kiedy zapłacone.
Odsetek wyjątkówIle sztuk zeszło ze ścieżki i wymagało telefonu, poprawki albo decyzji?Kreska na tej samej kartce przy każdej sztuce, która „nie poszła normalnie”.

Wolumen razy czas pracy daje godziny tygodniowo, czyli tę liczbę, o którą pytał wspólnik. Czas przejścia mówi, ile czeka klient albo dostawca. Odsetek wyjątków mówi, ile z tych godzin automatyzacja realnie zdejmie, a ile wróci do człowieka w innej postaci.

Czego tu nie ma? Kosztu godziny pracy, wskaźników satysfakcji, porównań z branżą. Możesz je dołożyć później. Te cztery liczby są minimum, bez którego żadnej z dalszych nie policzysz uczciwie.

Czas pracy i czas przejścia to dwie różne obietnice

Większość automatyzacji skraca czas pracy, a klient odczuwa czas przejścia. To dwie różne liczby i bardzo często nie mają ze sobą wiele wspólnego. Faktura wymaga czterech minut przepisywania, a potem leży dwa dni w kolejce do akceptacji, bo szef zatwierdza je hurtem w czwartki. Zautomatyzujesz przepisywanie i zaoszczędzisz cztery minuty. Faktura dalej będzie czekać dwa dni.

Czas pracy a czas przejścia procesu — cztery minuty wprowadzania faktury i dwa dni czekania w kolejce do akceptacji

Zależność między kolejką a czekaniem opisuje prawo Little'a, sformułowane przez Johna Little'a w 1961 roku: średnia liczba rzeczy w systemie równa się tempu, w jakim przez niego przechodzą, pomnożonemu przez średni czas przebywania w nim. Przekładając na faktury: jeśli w kolejce do akceptacji stale leży czterdzieści sztuk, a zatwierdzasz dwadzieścia dziennie, każda czeka średnio dwa dni. Szybsze przepisywanie tego równania nie rusza. Rusza je dopiero to, co dzieje się z kolejką.

Dlatego mierzysz obie liczby osobno. Jeśli dostawca obiecuje „przyspieszenie obiegu dokumentów”, zapytaj, którą z nich ma na myśli. Jeśli czas pracy, to obiecuje Ci godziny zespołu. Jeśli czas przejścia, to musi coś zrobić z kolejką, a nie tylko z przepisywaniem.

Tydzień pomiaru, który nie zamienia się w drugi etat

Pomiar ma trwać tydzień i kosztować minutę dziennie, inaczej nikt go nie dokończy. Nie potrzebujesz oprogramowania do eksploracji procesów ani konsultanta ze stoperem. Potrzebujesz kartki, dat z systemów, które już masz, i jednej osoby, która wie, po co to robi.

Pięć kroków pomiaru w tydzień
1
Nazwij początek i koniec. „Faktura wpływa na skrzynkę” i „faktura jest zaksięgowana”. Bez tego każdy zmierzy co innego.
2
Wyciągnij wolumen i daty z systemów. Skrzynka, program księgowy i bank mają znaczniki czasu. Czas przejścia policzysz z nich bez pytania kogokolwiek.
3
Daj osobie od procesu kartkę z trzema kolumnami. Godzina rozpoczęcia, godzina zakończenia, kreska przy wyjątku. Bez opisów i bez oceniania.
4
Zbierz 20–30 sztuk, nie wszystkie. Tyle wystarcza, żeby zobaczyć rozrzut i pierwsze wyjątki. Więcej nie zmienia obrazu, za to męczy.
5
Zapisz cztery liczby na jednej stronie, z datą. To jest Twój punkt odniesienia. Odłóż go tam, gdzie znajdziesz go za kwartał.

Jedno ostrzeżenie dotyczy ludzi, a nie samych liczb. Kiedy ktoś wie, że jego praca jest mierzona, zwykle przez pierwsze dni pracuje szybciej i staranniej niż zwykle. To obserwacja, nie dane z badania, ale łatwo ją sprawdzić we własnym pomiarze. Pomaga jedno: powiedz wprost, że mierzysz proces, a nie osobę, i że celem jest zdjęcie z niej roboty. Zbierz też dane przez pełny tydzień, nie przez dwa dni. Poniedziałek po weekendzie i piątek przed nim wyglądają w każdej firmie inaczej.

Jeśli procesem zajmujesz się sam, ten tydzień jest jeszcze prostszy, a pułapka większa, bo jesteś jednocześnie mierzącym i mierzonym. Pomaga zasada z tekstu o audycie tygodnia: odtwarzaj z kalendarza i skrzynki, nie z pamięci. Tamten wpis mierzy cały Twój tydzień i pyta, co z niego oddać. Ten bierze jeden proces i pyta, ile dokładnie kosztuje, zanim zapłacisz za jego automatyzację.

Pomiar czasem pokazuje, że automatyzować nie trzeba

Liczby z tygodnia potrafią skończyć projekt, zanim się zacznie. I to jest dobra wiadomość, bo kosztowały minutę dziennie, a nie fakturę od wdrożeniowca. Najczęściej widać to w jednym z trzech wyników, które łatwo rozpoznać już przy pierwszym podsumowaniu.

CZEKANIE

Czekanie przeważa nad pracą. Jeśli faktura wymaga kilku minut pracy, a czeka kilka dni, najtańszą poprawką jest zmiana reguły, na przykład akceptacja codziennie zamiast w czwartki albo próg kwoty, poniżej którego faktura przechodzi bez podpisu szefa. Taka zmiana nie kosztuje nic, a czas przejścia skraca się od razu.

WOLUMEN

Wolumen jest za mały. Przykładowy rachunek: dwadzieścia faktur tygodniowo po trzy minuty to godzina tygodniowo. Jeśli automatyzacja kosztuje parę tysięcy złotych na start, a potem wymaga abonamentu i godziny miesięcznie na poprawki po zmianach u dostawców, zwrot może nie nadejść nigdy. Na koszt utrzymania po pierwszym roku warto spojrzeć osobno, pisałem o nim w tekście o Make, n8n i Zapierze po roku.

WYJĄTKI

Wyjątki dominują. Jeśli co trzecia sztuka schodzi ze ścieżki, automatyzacja obsłuży dwie trzecie, a reszta wróci do człowieka, często w gorszym stanie, bo bez kontekstu. Wtedy pierwszym krokiem jest ujednolicenie wejścia, czyli jeden adres na faktury i jeden format od stałych dostawców, a robot dopiero po nim.

W każdym z tych trzech przypadków automatyzacja może mieć sens później. Pomiar mówi tylko, co ten proces musi dostać najpierw, i mówi to, zanim wydasz pieniądze.

20 procesów w firmie, które możesz oddać automatyzacji
Bezpłatny ebook

20 procesów w firmie, które możesz oddać automatyzacji

Jeśli nie wiesz jeszcze, który proces zmierzyć jako pierwszy, ta lista podsunie kandydatów z największym wolumenem.

Pobierz za darmo →

Po trzech miesiącach mierzysz tak samo, nie dokładniej

Pomiar „po” ma być kopią pomiaru „przed”. Te same cztery liczby, ten sam początek i koniec procesu, ta sama próbka i ten sam sposób notowania. Kusi, żeby po wdrożeniu mierzyć lepiej, bo system sam zbiera logi. Tylko że wtedy porównujesz kartkę z logiem i nie wiesz, czy różnica pochodzi z automatyzacji, czy z innej metody liczenia.

Do pomiaru „po” dopisz jedną kolumnę, której wcześniej nie było: czas spędzony na pilnowaniu automatyzacji: sprawdzanie, czy przepływ nie stanął, poprawianie faktur, które robot odczytał źle, i odpowiadanie na powiadomienia o błędach. Ta praca jest prawdziwa, tylko rzadko ktoś ją wlicza, bo nie wygląda jak „robienie faktur”. Jeśli jej nie doliczysz, wynik wyjdzie zawyżony, a wspólnik prędzej czy później to zauważy.

Daj też automatyzacji czas, zanim zaczniesz ją oceniać. Pierwsze tygodnie po wdrożeniu to poprawki i przyzwyczajanie się zespołu, więc mierzenie w drugim tygodniu pokaże głównie zamieszanie. Kwartał to rozsądny moment: wystarczająco daleko od startu, wystarczająco blisko, żeby ktoś jeszcze pamiętał, po co to było.

Cztery liczby na jednej kartce przed podpisaniem oferty

Jedna decyzja do podjęcia, zanim odpowiesz dostawcy automatyzacji: czy masz zapisane, ile dziś trwa ten proces. Jeśli nie, poproś dostawcę o tydzień na pomiar przed startem. Rzetelny wdrożeniowiec się zgodzi, bo jemu te liczby też są potrzebne, żeby za trzy miesiące pokazać, co dowiózł. Jeśli naciska, żeby zaczynać od razu, a o pomiarze mówi „zobaczymy w praniu”, to też jest informacja.

Za kwartał wspólnik zada to samo pytanie co zawsze. Różnica będzie taka, że położysz przed nim dwie kartki z datami i czterema liczbami na każdej. Rozmowa skończy się po dwóch minutach albo przejdzie w ciekawszą: co zautomatyzować jako następne.

A jeśli pomiar pokaże, że tym, co naprawdę zjada czas, jest ręczne przenoszenie danych między systemami, zobacz, jak wygląda automatyzacja przepisywania danych od strony wdrożenia.

Audyt operacyjny

Sprawdźmy, co da się zdjąć z Twojej głowy

Masz proces, który chcesz zautomatyzować, ale nie wiesz, ile dziś naprawdę kosztuje? Przejdziemy razem przez pomiar, policzymy cztery liczby i sprawdzimy, czy robot w ogóle jest tu właściwą odpowiedzią.

Napisz do mnie →
Pytania i odpowiedzi

Najczęściej zadawane pytania

Bo pomiaru sprzed wdrożenia nie da się zrobić później. Kiedy automatyzacja zaczyna działać, ręczny proces znika, a razem z nim możliwość sprawdzenia, ile naprawdę trwał. Bez punktu odniesienia nie odpowiesz po kilku miesiącach na pytanie, ile godzin i ile błędów automatyzacja faktycznie zdjęła z zespołu. Zostaje wrażenie, że jest lepiej, a ono przegrywa każdą rozmowę o budżecie.

Wystarczą cztery: wolumen, czyli ile sztuk przechodzi przez proces w tygodniu; czas pracy na sztukę, czyli ile minut ktoś faktycznie nad nią siedzi; czas przejścia, czyli ile dni mija od wpłynięcia do zamknięcia; oraz odsetek wyjątków, czyli ile sztuk wymagało telefonu, poprawki albo decyzji. Wolumen razy czas pracy daje godziny tygodniowo, a odsetek wyjątków pokazuje, ile z nich automatyzacja realnie zdejmie.

Zwykle wystarcza jeden pełny tydzień i próbka 20–30 sztuk. Wolumen i daty wyciąga się z systemów, które firma już ma, czyli ze skrzynki, programu księgowego i banku. Czas pracy i wyjątki notuje osoba obsługująca proces na prostej kartce z trzema kolumnami. Pełny tydzień jest ważny, bo poniedziałek i piątek wyglądają w każdej firmie inaczej niż środek tygodnia.

Czas pracy to minuty, które człowiek faktycznie poświęca jednej sztuce, na przykład cztery minuty przepisywania faktury. Czas przejścia to cały okres od wpłynięcia do zamknięcia, razem z czekaniem w kolejkach, na przykład dwa dni w oczekiwaniu na akceptację. Automatyzacja często skraca czas pracy, ale nie rusza czasu przejścia, jeśli większość czasu sprawa po prostu czeka.

Ludzie systematycznie zaniżają czas własnej pracy. W badaniu Buehlera z 1994 roku studenci szacowali napisanie pracy dyplomowej na średnio 33,9 dnia, a zajęło im 55,5 dnia. Przy procesach w firmie dochodzi jeszcze jedno: w pamięci zostaje typowy przypadek, a nie wyjątki, które zabierają najwięcej czasu. Szacunek na oko mierzy więc proces bez jego najdroższej części.

Najczęściej w trzech sytuacjach. Gdy czekanie przeważa nad pracą, taniej jest zmienić regułę, na przykład akceptować faktury codziennie. Gdy wolumen jest mały, koszt wdrożenia i utrzymania może się nigdy nie zwrócić. Gdy wyjątki stanowią dużą część przypadków, najpierw trzeba ujednolicić wejście, na przykład jeden adres i jeden format faktur, a dopiero potem automatyzować.

O autorze
Szymon Mojsak

Szymon Mojsak

Ekspert automatyzacji procesów biznesowych i współwłaściciel RCPonline — systemu rejestracji czasu pracy.

Teoria zastosowana w praktyce — treści opieram na własnych doświadczeniach zdobytych przy wdrożeniach i w relacjach międzyludzkich.

Poszerzam horyzonty — nieustannie rozwijam wiedzę z zakresu marketingu, psychologii i IT.

Zamieniam twórczy chaos w kierunek — najpierw pytanie „po co”, dopiero potem „jak”. Pomagam zrozumieć procesy, by je usprawnić.

Ten materiał powstał z udziałem AI

Narzędzia AI — wspierały research, redakcję tekstu i przygotowanie ilustracji.

Autor — wybiera temat, pisze pierwszą wersję i redaguje całość przed publikacją. Doświadczenia, oceny i punkt widzenia w tekście są jego własne.

Dlaczego oznaczam materiały z AI →

Komentarze (...)

Ładowanie komentarzy...

Zaloguj się, aby dodać komentarz.